Kiedy niebo się przejaśniło, a na scenie kolejny raz pojawiły się dwie urocze konferansjerki z „Oriona” i „Magdaleny” panie Barbara Krakowska i Bożena Kuźmińska (kolejność wyłącznie alfabetyczna) wraz z wspierającym ich kolegą ku widowni popłynęło tyle energii i ciepła, radości i entuzjazmu, że już było pewne będzie dobrze.
Jako pierwszy na scenie w spektaklu „Przygody Pędziwiatra” na scenie zaprezentował się zespól „Duo Fix”, który zaangażował do swego spektaklu najodważniejsze dziewczynki i chłopców. Potem atmosferę festynu całkowicie odmienił występ znakomitego zespołu bluesowego Andrzeja Zielińskiego. Po nim na przemian występowały zespoły z naszych spółdzielczych klubów, przedszkolaki i nastolatki. Chyba po raz pierwszy publicznie, przed tak liczną widownią wystąpił w tańcu polskim i tańcu ludowym zespół folklorystyczny działający od niespełna roku przy SDK „Tęcza”. Grupa z udziałem między innymi znanej w Tychach Danuty Wencel (członka Rady Nadzorczej) zebrała mnóstwo oklasków. Szczególnie za pełen werwy taniec „z kogutkiem”, w radosnym wykonaniu – nie uchybiając nikomu – już nie „kurczaków”. Najbardziej urozmaicony program wykonał jednak „Jożin z Tychów” (pod scenicznym kostiumem – Michał Błahut). Ten mało jeszcze znany wykonawca humorem, dowcipem, interpretacją wykonania utworów (od „Miecia” Fogga poprzez „Frania” Sinatrę do Ivana Mladka) rozbawił publiczność w każdym wieku. A tej było już wówczas bardzo dużo: przed estradą, na ławkach pod parasolami, podpierających żyrafę i siedzących na kamiennych murkach. Jożin wykazywał czeski spokój, kiedy podczas jego koncertu na scenie montowali się już wykonawcy z zespołu (nomen omen) „Good Day”. Działająca od 2005 roku raciborska grupa uprawia muzykę rockową, ale w takiej wersji i wykonaniu, która bardzo podoba się młodzieży i nie wymiata sprzed sceny starszych, tych, którzy już „nie mieszczą się w totolotku”. Jej występ zróżnicowana nie tylko wiekowo piknikowa publiczność przyjęła nadzwyczaj entuzjastycznie. Po pamiątki, zdjęcia i autografy członków zespołu przybiegło do wykonawców nie mniej chętnych niż na promocję zimnej wody mineralnej w pustynnej oazie. Z każdą chwilą przybywało widzów.
Atmosfera stawała się coraz bardziej festynowa, rodzinna. Piwo wreszcie popłynęło do większej liczby gardeł, a grille z kiełbasami przydymiły jak dawniej tyska elektrociepłownia. Dzieciaki zjeżdżały z gumowych wież i spadały z byka (oczywiście, też gumowego). Pary zbierały się do tańca. Na płycie placu rósł dywan wysypanego popcornu. Z nóg padali pierwsi zmęczeni…
I wreszcie końcowy akord – gwiazda wieczoru – „Elektryczne Gitary” z Kubą Sienkiewiczem. Zapowiedź tego koncertu, sława zespołu, urok utworów i jakość wykonania i wiele innych rzeczy sprawiło, że na ten występ czekały setki osób, a – jak się wydaje – próba strojenia przywołała kilkaset następnych. Zrobiło się nadzwyczaj fajnie, kiedy z kolumn popłynęły najlepsze i najpopularniejsze utwory tej grupy – z nieśmiertelnymi: „Jestem z miasta”, „Człowiek z liściem” czy (bardzo na czasie!) „Wyszków tonie”, „Ona jest pedałem” i kilkanaście innych. Kuba i jego koledzy dostali głośne i szczere brawa, kiedy po 22.00 schodzili ze sceny.
I to był już koniec festynu. Udanego, jak mówiła mi większość moich znajomych. – To dobrze, że jest taka impreza. Dotychczas „Oskard” kojarzył mi się tylko z opłatami mieszkaniowymi, dłużnikami, problemami remontowymi. Tutaj chyba wszyscy – i spółdzielcy i lokatorzy – możemy na szczęście o tym zapomnieć. Ponieważ nie wszyscy wiedzieli, że napiszę relację dla „Oskardu”, niektórzy od serca mówili: to się „Oskard” sprężył! Taki rozmach, tacy wykonawcy…I zorganizował to własnymi siłami? Niemożliwe! Ano, tak było. – Kosztowało to mnóstwo starań i wysiłku, ale warto było… – słyszałem z tej drugiej strony, już po zakończeniu imprezy. Z pewnością zaprocentowały doświadczenie udanego ubiegłorocznego Spółdzielczego Pikniku Jubileuszowego w Paprocanach. Tam było więcej atrakcji dla dzieci – tu więcej muzyki dla każdego. Tam była lepsza pogoda – tu lepsze niż „Czerwone” – „Elektryczne Gitary”.